Film

GLOW – dziewczyny, zapasy i spandex

Trafnie Roland Barthes przyrównał wolnoamerykankę do „Komedii ludzkiej”. Twierdził, że wyróżnia ją widowiskowa emfaza, dokładnie ta sama, co w teatrze antycznym. Nic dziwnego, że Ruth, początkująca aktorka i bohaterka „GLOW”, zamiast na planie, zabłyśnie właśnie między linami ringu. Na wrestlingowej arenie dramatów.

Zwyczajna dziewczyna

Ale zacznijmy od początku. Kim jest Ruth? Pozornie to świetny materiał na aktorkę. Skrzyżowanie Jennifer Beals z Jennifer Grey. Dziewczęca aparycja, kompaktowe, ładne ciało, odwaga i ogromne chęci. Któż nie chciałby z nią pracować? Ach, tak? To dlaczego z każdego castingu zostaje odprawiona z kwitkiem?

Ruth (w tej roli Alison Brie) to dziewczyna, która bardzo chce. Nawet za bardzo. Po części właśnie dlatego jej się nie udaje. Nadgorliwa kujonka, która zawsze jako pierwsza wyrywa się do odpowiedzi. Koleżanki takich nie lubią. Spece od castingów też niespecjalnie. Bo jest problematyczna. Nie wykonuje prostych poleceń i zadaje skomplikowane pytania. Reżyser wrestlingowego show (Mark Maron), na którego casting Ruth trafi niejako z desperacji, najpierw doceni jej urodę, a potem skrzywi się od wątpliwości. „Twoja twarz jest kapryśna” – powie.

Ale Ruth nie jest „mądralą”. Nie ma rozbuchanego ego, a wręcz przeciwnie. Jest niepewna i rozchwiana. Wymagająca, zwłaszcza dla siebie. Pod skorupą determinacji ukrywa masę słabości. Jest wrażliwsza niż inni i samotna. Często więc przegrywa, błądzi, zarówno na castingach, jak i w życiu. Już w pierwszym odcinku ktoś nazywa ją „dziewczyną z krwi i kości” (co ma być wadą, nie zaletą), ktoś inny krzyczy w intymnej scenie „jesteś taka prawdziwa!” Szacunek dla twórców „GLOW” za empatię i subtelność. Udało im się w krótkim, komediowym serialu ulepić taką postać – ambiwalentną, ludzką. 

Stereotypy

„GLOW” to serial o telewizyjnym show wrestlingowym. Show eksperymentalnym, bo jego bohaterkami pierwszy raz mają być kobiety. „Nietuzinkowe… cokolwiek to znaczy” – brzmi zaproszenie na casting. Prócz Ruth bierze w nim udział cała galeria dziewczyn-oryginałów. Klucz do zbudowania dramaturgii na ringu jest prosty (prostacki?). Każda z wrestlerek wciela się w „barwną” postać, alter ego kreślone grubą krechą stereotypu – etnicznego, kulturowego, fizycznego, zawsze krzywdzącego. Seksizm, rasizm, mizoginia i inne choroby.

To sposób, by poderwać publikę do okrzyków, do dopingu. Walka dziewczyn staje się więc czymś więcej niż pustym pokazem siły. Z perspektywy trybun to niemal mitologiczne starcie Dobra i Zła. W imię konwencjonalnej Sprawiedliwości. W imię zemsty na wyobrażonym Wrogu. Korpulentna, czarnoskóra „Królowa Zasiłków” powala na deski blondwłosą gospodynię domową, uosobienie amerykańskiej wolności. Tłum szaleje i buczy na przemian. Jak u Barthesa. 

Jest w tej wrestlingowej maskaradzie coś więcej, jakaś przewrotka, drugie dno. Serial udowadnia, że stereotyp owszem, bywa przyczyną opresji, ale – skoro już jest i nic z tym nie zrobimy – może być też źródłem mocy. Będzie nim dla bohaterek, które wchodząc na ringu w stereotypowe role, znajdą klucz, by je rozbroić. Klucz ironii, dystansu i – co najważniejsze – poczucia humoru. Stereotyp celowo przejaskrawiony, zaserwowany świadomym żartem, kompromituje się. Zdradza własną głupotę. Niby nic nowego, komediowy schemat, ale w wykonaniu bohaterek zyskuje nową rangę. Nagle żyjące na marginesie samotniczki i dziwaczki, kobiety wykolejone i osobne, zyskują siłę i pewność siebie. Rosną, triumfując w świetle reflektorów na zgliszczach krzywdzących schematów. „Teraz czuję się jak superbohaterka” – powie jedna z nich po pierwszym występie przed publiką.   

Dziwaczne show stanie się pierwszym krokiem do emancypacji. Wchodzenie w role sięga daleko poza ring, do prawdziwego życia, gdzie dziewczyny walczą o siebie. Procesowi wyzwolenia sekundować będzie reżyser, Sam Sylvia, wizjoner kina klasy B i zblazowany seksista, który z biegiem czasu czule przywiąże się do swoich podopiecznych. Wymowne? Owszem, jego barwna postać, z bezczelną uwagą na ustach, kokainą pod nosem i skwaszoną miną, to wymarzony kapitan dla tego pokręconego statku. 

Sport i nostalgia

„GLOW” (Gorgeous Ladies of Wrestling) istniał naprawdę. Na YouTube można przyjrzeć się, jak wyglądały jego bohaterki. Pierwszy odcinek wyemitowano w 1985 roku. Jego twórcą i reżyserem był Matt Cimber, znany m.in. jako autor kina blaxploitation i mąż Jayne Mansfield (po części z pewnością postać Sama Sylvii została nim zainspirowana). Wygrzebanie na potrzeby serialu telewizjnej ramotki z lat osiemdziesiątych to celny strzał i to nie tylko dlatego, że moda na tę dekadę osiąga właśnie apogeum. Na tle wciąż mielonych ejtisowych schematów (nowa przygoda, VHS-owe kino akcji, filmy klasy B), kobiecy wrestling – zwłaszcza tego rodzaju, na wpół chałupniczy, z zawodniczkami niemal "z ulicy" – wydaje się świeższym pomysłem, bo drugim z brzegu. Jednocześnie pozostaje kolorową esencją epoki i doskonałą okazją do opowiadzenia o różnych obliczach kobiecości. Dalekich od plastiku i okładkowego ideału. Tymczasem z głośników, zamiast szalenie modnych syntezatorów, rozbrzmiewa stary dobry Billy Joel. Na ścianie wisi plakat Dolpha Lundgrena. Ejtisy w pigułce, jesteśmy w domu.

„GLOW” na warsztat bierze filmy sportowe i taneczne, kult ciała, getry, spandex i fitness. Ambicje i różową dziewczyńskość. Brzmią echa „Flashdance”, wspomnienie młodej Jany Fondy i Jamie Lee Curits (koniecznie w getrach), ale też „Rocky’ego”. Z drugiej strony, no halo! Wrestling, czyli obciach i tandeta. Dzikość, energia, przesada i prowizorka. Bezwstydność. Ramy ringu to ramy bezczelnej komedii. „GLOW” celowo przerysowuje lata osiemdziesiąte, ale nie robi sobie jaj. Kreśląc wyraźne kontury, zachowuje uczciwość. Ducha epoki. Żartuje mimochodem, błyskotliwie, licząc na nasz refleks. Gdy bohaterki rzucają sobą po ringu, owszem, zaśmiewamy się, bo to komiczne, ale też wzruszamy podobnie jak na kultowych filmach o pokonywaniu własnych słabości. 

Siostry

Wzruszyć na „GLOW” można się zresztą nie raz. Wróćmy na przykład do Ruth, tej poplątanej, nie do końca akceptowanej. Ruth popełnia duży błąd – zdradza najlepszą przyjaciółkę. Jej relacja z Debbie Eagan (Betty Gilpin) – posągową, byłą gwiazdą telenoweli, a teraz panią domu, matką, wreszcie wrestlerką – to jeden z głównych wątków serialu. Powiedzmy od razu, Ruth nie jest wyrachowana. Zdradza nie z premedytacją, ale w chwili słabości. Z potrzeby akceptacji i ciepła. I dlatego, że jest tylko człowiekiem. 

Więź między dziewczynami jest tak silna, czuła i siostrzana, że da się ją zdiagnozować gołym okiem, mimo konfliktu, buzujących pretensji. Mają bohaterki kilka świetnych, emocjonalnych scen, które – choć rozgrywają się na tle pstrokatej komedii – wybrzmiewają na poważnie. I to kolejny atut „GLOW”. Zgrywa nie przeszkadza serialowi dotknąć czułych miejsc. Losy bohaterek, ale też bohaterów – reżysera-cynika czy prodcenta-wiecznego chłopca – obchodzą nas, angażują. Cała ekipa z biegiem czasu staje się sympatyczną i silną drużyną, za którą zaciskamy kciuki. Za jej koloryt, charyzmę, inność. Do boju, dziewczyny! – wyrywa się w myślach. Jak wcześniej Alex na przesłuchaniu w „Flashdance”, jak Baby w swoim tańcu życia, jak Rocky – dacie radę!


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *